Szymon Gospodarczyk, pilot Mikołaja Marczyka, opowiada o niesamowitych postępach swojego kierowcy, ich sekrecie na to, by współpraca w rajdówce była perfekcyjna, łączeniu pilotowania w rajdach i cross-country, a także o swojej jedynej rajdowej próbie jako kierowca.

 

Co jest kluczem do waszych tegorocznych rezultatów?

Mamy stabilnego sponsora, który bardzo nam pomaga. Do tego, jeżdżę z Mikołajem, który jest jednym z najbardziej utalentowanych kierowców. W ostatnich 20 latach nie pamiętam, by ktoś tak szybko się rozwijał i osiągał takie wyniki. To młody i ambitny zawodnik, którego postawa jest bardzo motywująca. Ma niesamowite zacięcie do pracy, które mnie inspiruje. I to jest jego sukces. Poza tym, nie jesteśmy załogą, która widzi się tylko podczas startów. Przyjaźnimy się w życiu codziennym, co jest naszym dodatkowym atutem, bo w wielu sytuacjach rozumiemy się bez słów. Pomaga nam to w kryzysowych sytuacjach. Jesteśmy zmotywowani i dbamy o to, by każdy szczegół był dopieszczony.

Jak długo zajmują przygotowania do rajdu, żeby zadbać o te wszystkie detale?

To nie jest tak, że rajd trwa dla nas dwa dni. Ja już w poniedziałek poprzedzający start zaczynam przygotowania. Czytam regulaminy, drukuję mapy, zapoznają się z trasą. A wcześniej mamy testy, sprawdzamy, czy trasa nie pokrywa się z ubiegłoroczną i oglądamy onboardy. Przygotowania do rajdu to nie tylko testy i zapoznanie, ale też praca, którą wykonujemy w domu, treningi fizyczne i mentalne. Czasem przygotowanie do jednego startu zajmuje dwa tygodnie.

 

Jesteście z Mikołajem zgranym duetem, ale w motorsporcie światła reflektorów skierowane są na kierowcę. To przeszkadza?

Taką sytuację kreują media, ale ja nie mam z tym żadnego problemu. Z Mikołajem tworzymy załogę, w wywiadach wspieramy się nawzajem i mówimy o nas, jako o załodze, a nie tylko o swoich spostrzeżeniach. Przygotowujemy się także do rozmów z dziennikarzami, żeby móc ciekawie odpowiadać na różne pytania i dobrze reprezentować nasz zespół i sponsorów. Niektórzy mówią, że pilot to wręcz narzędzie w rękach kierowcy, ale ja się z tym nie zgadzam. Kierowca rajdowy bez pilota sobie nie poradzi, w drugą stronę działa to tak samo. Można nawet powiedzieć, że to kierowca jest narzędziem w rękach pilota. W końcu Mikołaj jedzie tam, gdzie ja mu powiem.

 

15 lat doświadczenia w rajdach, a od trzech na prawym fotelu Mikołaja Marczyka. Jak on się przez ten czas rozwinął?

Pamiętam pierwszy start z Mikołajem. To był Rajd Dolnośląski w 2017 roku. Jeśli porównam tamtego chłopaka do tego, z którym jeżdżę teraz, to wykonał ogromny postęp. To nie są tylko lepsze czasy na  odcinkach specjalnych, ale poprawiło się jego podejściu do rajdów, przygotowanie do startów, a przy tym pozostał świetnym gościem. Jest niesamowitym sportowcem i nad wyraz dojrzałym człowiekiem jak na swój wiek. Ma 23 lata, a czasem gdy z nim rozmawiam, mam wrażenie, że to 40-letni kierowca rajdowy.

Bardzo pomogło mu to, że karierę zaczynał od kartingu. To wytrenowało jego psychikę. Jest odporny na stres. To mi bardzo w nim imponuje. Czegoś takiego nie widziałem u innych kierowców, z którymi startowałem. Niektórzy się bali i popełniali błędy, lub nie byli w stanie jechać naprawdę szybko. A Mikołaj jest w stanie wiele wytrzymać i podchodzi do wszystkiego profesjonalnie.

 

W tym sezonie mierzyliście się z dwoma rundami mistrzostw Europy. Jak ważne to dla was lekcje?

Chcemy się dalej rozwijać. Marzymy o tym, żeby w przyszłym roku startować nie tylko w Polsce, ale zmierzyć się z nowymi dla nas rajdami. To dlatego jeździmy na rundy ERC. W dwóch wystartowaliśmy, a jeździmy też na takie, na których się nie ścigamy. Robimy tam zapoznanie z trasą, oglądamy rajd, podglądamy jak wygląda rywalizacja, jakie panują zwyczaje. Zbieramy doświadczenia, by być gotowymi, jeśli dostaniemy szansę startów w kolejnych sezonach.

Pan w swoim CV ma nie tylko starty w mistrzostwach Europy, ale i świata.

Marzeniem każdego pilota czy kierowcy są starty w mistrzostwach świata. Ja mam na swoim koncie sześć występów. Trzy razy pojechałem w Rajdzie Szwecji, raz stałem na podium w kategorii samochodów z napędem na przednią oś. Marzę o tym, by znów wystartować w mistrzostwach świata, tym razem z Mikołajem. Ale wcześniej powinniśmy zmierzyć się z mistrzostwami Europy.

 

Jako pilot przejechał pan 139 rajdów. Raz zdecydował się pan na start jako kierowca, w 2006 roku w Rajdzie Magurskim. Dlaczego tych prób nie było więcej?

To był zwariowany start. Chciałem zobaczyć, jak to jest na lewym fotelu i poczuć to, co czuje kierowca. Rajd Magurski organizowany był w moich rodzinnych stronach. To było spełnienie marzenia, ale nie poradziłem sobie z presją, jaką na siebie nałożyłem. Wypadłem z trasy. Z rowu po blisko trzech minutach wyciągnęli mnie kibice i od tego momentu zaczął się dla mnie świetny rajd. Zrobiłem z samochodem to, co chciałem, auto się mnie słuchało. Bo wiedziałem, że szans na dobry wynik nie ma. Sprawdziłem to, co chciałem. Ale ja od zawsze chciałem być pilotem.

 

Jak to? Niemal wszyscy marzą o startach w rajdach jako kierowca.

Jestem z Jordanowa. Niedaleko domu przechodziła trasa Rajdu Krakowskiego. Brat zabrał mnie na rajd i od razu mi się spodobało. Postanowiłem, że będę startował, będę pilotem, a brat kierowcą. Był starszy, miał prawo jazdy. I tak mi zostało w głowie.

A teraz nie dość, że jest pan pilotem w rajdach, to jeszcze wsiada na prawy fotel w cross-country. Jak to łączyć?

Zmiana konkurencji nie jest jakimś wielkim problemem. Sporo jeżdżę w cross-country, mam na swoim koncie dwa Rajdy Dakar. Wiele rzeczy przychodzi mi z łatwością. Trzeba jednak uważać, bo regulaminy są inne i łatwo o pomyłkę. Jedyna różnica, ale za to kolosalna jest taka, że w cross-country nie wiemy, po jakiej trasie jedziemy. Z książki drogowej dowiadujemy się tylko, jaki zakręt nas czeka czy jaka nawierzchnia będzie za 400 m. W rajdach drogowych dwukrotnie przejeżdżamy każdy odcinek specjalny, znamy każdy metr trasy, możemy nagrać onboard, który możemy obejrzeć. Nie ma tu żadnych tajemnic, choć jest wiele zmiennych. Rajdy drogowe są też bardzo precyzyjne, więc trzeba wykorzystać każdy metr. W cross-country o tym nie ma mowy, tam trzeba jechać delikatnie zachowawczo, bo jednak koncentrację trzeba utrzymać przez trzy godziny. Fajne jest też to, że w tych rajdach jest czysto. Jest asfalt, nic się nie kurzy. Na Baja Poland miałem problem z pyłem, który dostawał mi się do oczu. Nawet po siedmiokrotnym myciu miałem mgłę przed oczami.

Starty pojazdem UTV to szczególne wyzwanie?

Te samochody rzeczywiście wyglądają tak, jakby do rurowej konstrukcji były dołączone cztery koła, ale mamy klatkę bezpieczeństwa, fotele, pasy. To nie jest tak, że nas nic nie chroni. Poza tym, one mają prędkość maksymalną ograniczoną do 130 km/h, więc w razie wypadku to nie jest aż tak straszne. Do tego, pojazdy mają super zawieszenie, które pozwala na przejeżdżanie przez wielkie dziury. Zawieszenie ma duży skok, koło czasem całe wjeżdża w dziurę i to jest rzecz, do której trzeba się najbardziej przystosować po przesiadce z naszej rajdowej ŠKODY FABIA R5.

Artykuł powstał we współpracy ze skoda-auto.pl 

Ta strona używa plików cookie

Więcej informacji na temat przetwarzania danych osobowych w oparciu o prawa użytkownika można znajduje się w polityce prywatności opisującej wykorzystanie plików cookie i innych technologii internetowych. Poniżej można również wyrazić zgodę na przetwarzanie danych osobowych dla celów statystycznych i analizy zachowań użytkownika.